#
  • #
  • #
  • #
Prasa o nas
Z konstruktorem i twórcami firmy MARTON rozmawia Michał Frydrysiak.

Idea budowy wzmacniacza o możliwie najdoskonalszym brzmieniu - niezależnie od kosztów, bez względu na czas potrzebny do jego powstania, okazała się nadzwyczaj nośna i wszędzie znalazła oddanych eksperymentatorów - nasz kraj nie jest wyjątkiem. Ale polscy konstruktorzy wciąż pozostają mało znani poza wąskim kręgiem znajomych audiofili. Jednak ich osiągniecia zdecydowanie zasługują na to, by zaprezentować je szerszej publiczności.
Z całą pewnością dotyczy to twórców monobloków Opus0.2.1. Rozmawiam z ich konstruktorem panem Markiem Knagą, właścicielem firmy Marton oraz panami Pawłem Adamczykiem i Mateuszem Dolińskim - jej współtwórcami
M.F.: Kiedy zainteresował się Pan elektroniką?
M.K.: Już w dzieciństwie. Zaczynałem, jak każdy chyba początkujący, od odbiorników radiowych. Później rozszerzałem swe zainteresowania, nie tylko w tej dziedzinie. Zawsze pasjonowała mnie muzyka i kiedy około 1970 roku zacząłem zajmować się już bardzo poważnie elektroniką, mogłem uznawać się również za melomana. Ten związek z muzyką przetrwał do dziś i stanowi bezcenną pomoc przy słuchowej ocenie nowych prototypów.
M.F.: Kiedy się Panowie poznaliście?
P.A.: Poznałem Marka w 1988 roku, podobnie jak Mateusz. Od razu dostrzegliśmy, że to człowiek o wybitnych zdolnościach. Wiedzieliśmy, że jego potencjalne możliwości są jeszcze znacznie większe, niż by to można sądzić na podstawie ówczesnych projektów. A przecież już wtedy jego doświadczenie w elektroakustyce było kilkunastoletnie.
M.F.: Czym się Pan w tym czasie zajmował ?
M.K.: Zawodowo związany byłem z reprodukcją muzyki w przestrzeniach zamkniętych. Wiązało się to z nagłaśnianiem pomieszczeń, koniecznością sprostania wymaganiom klientów, osób często będących muzykami i obdarzonych fenomenalnym słuchem. Wtedy możliwości były bardzo ograniczone. Dotyczy to głównie dostępności elementów elektronicznych - człowiek był skazany na krajową produkcję i podzespoły zachodnie były rzadkością. W tych warunkach oczywistym rozwiązaniem dla wysokiej klasy wzmacniacza była lampa elektronowa. Wszyscy byli przyzwyczajeni do brzmienia wzmacniaczy lampowych znacznie wyprzedzających w tym czasie konstrukcje tranzystorowe. Budowałem wtedy urządzenia lampowe, sądząc zresztą, że daleko im do wyżyn, jakie osiągają zachodnie wzmacniacze.
M.D.: Ale wkrótce okazało się, że Marek nie doceniał swych możliwości.
M.K.: Któregoś razu doszło do bezpośredniego porównania jakiegoś renomowanego wzmacniacza zachodniego i mojej konstrukcji. Byłem dosłownie zaszokowany: zderzenie mojego wzmacniacza z tamtym szumiącym i bardzo niedoskonałym urządzeniem dało mi wiele do myślenia. Musiałem zrewidować swój stosunek do tego, co sobą reprezentuje wiele zagranicznych firm.
M.F.: Jaki wzmacniacz uważa Pan za swoją pierwszą dojrzałą konstrukcję?
M.K.: Mojego kolegi, muzyka grającego na skrzypcach nie zadowalał żaden wzmacniacz, twierdził, że nie jest w stanie na swoim sprzęcie uzyskać takiego dźwięku, jaki słyszy w sali koncertowej. Zapytał więc mnie, czy nie mógłbym zaradzić w jakiś sposób tej sytuacji. Postanowiłem zbudować wzmacniacz, ale tranzystorowy. Wiedziałem, że technika idzie na przód i że jestem w stanie zrobić na półprzewodnikach wzmacniacz brzmiący tak dobrze jak lampowy. Decyzja o zastosowaniu tranzystorów nie wynikała z jakiegoś "ideologicznego" odrzucenia lamp, lecz z powodu większych możliwości układowych, jakie dają tranzystory. Zresztą, moim zdaniem, wzmacniacze lampowe - szczególnie w owych czasach - były bardzo dalekie od neutralności, a słuchacze byli przyzwyczajeni do tego charakterystycznego dźwięku. Tranzystorowce miały do zaoferowania te cechy brzmieniowe, których nie miały lampy. Ja poszedłem dalej i zrobiłem urządzenie łączące w dość udany sposób zalety obu technik. Ale był to dopiero pierwszy krok. Zdałem sobie sprawę, że lepsze elementy bierne i nowe typy tranzystorów, wówczas w Polsce nieosiągalne, muszą być podstawą dla kolejnych prototypów. Wkrótce poznałem Mateusza, Pawła. To wpłynęło na dalszy bieg prac.
M.F.: Jaka była Panów ocena brzmienia urządzeń Pana Marka?
M.D.: Po prostu oczarował nas ten wspaniały, bardzo transparentny dźwięk i zdolność wzmacniaczy do precyzyjnego przenoszenia impulsów o dużej mocy. Równocześnie wiedzieliśmy, że to początek drogi, gdyż Marek jest w stanie zrobić wzmacniacz jeszcze o wiele doskonalszy. Na przeszkodzie stały różne ograniczenia zewnętrzne: sytuacja polityczno-gospodarcza, notoryczny brak podzespołów, usług i tak dalej. Podejmując decyzję o zainwestowaniu w Marka, jego wiedzę, chodziło mi też o to, by się nie zmarnowały jego naprawdę nieprzeciętne zdolności, by pokazał, co może on osiągnąć tu, w Polsce. Mit, jakoby w Polsce nie mogło powstać urządzenie co najmniej równorzędne najlepszym konstrukcjom zachodnim musiał wreszcie zostać obalony.
M.F.: Dziś mogę się przekonać na własne oczy i uszy, że udało się to w stu procentach. - Opus 0.2.1 jest wystarczającym na to dowodem. Jak doszło do jego powstania?
M.K.: To długa historia. Zrobiłem w sumie sześć prototypów. Trwało to ponad dwa lata i kosztowało nas wiele czasu i wysiłku, wręcz poświęcenia. Niewątpliwie wynikało to z wygórowanych, czasem niezwykłych wymagań dotyczących jakości poszczególnych elementów i wykonania części mechanicznych. Kilka lat temu, przy rozpoczęciu realizacji tego projektu kłopot był dosłownie ze wszystkim: od kondensatorów i płytek drukowanych poczynając, a na gniazdach i śrubkach kończąc. Patrząc z tego punktu widzenia czas działał na naszą korzyść.
M.D.: Marek jest niebywałym perfekcjonistą, każdy detal musiał zostać zrobiony pod jego dyktando i z wymaganą dokładnością. Szczególny nacisk zawsze kładziemy na jakość wykonania, a Marek w tym celuje - jego podejście do wzmacniaczy jest bliskie stosunkowi artysty do dzieła sztuki. Te wzmacniacze nie są zrobione - są stworzone.
P.A.: Głównym celem było zbudowanie wzmacniacza najlepszego, porównywalnego ze szczytowymi osiągnięciami w tej dziedzinie bez względu na czas i koszty. Rzecz jasna, musiał znaleźć się ktoś, kto zasponsoruje to przedsięwzięcie. Dzięki Mateuszowi, który zdecydował się na sfinansowanie dwóch monobloków, okazało się to realne.
M.D.: Paweł jest właścicielem pierwszego prototypu pracującego jeszcze w klasie B. Dodam, że wszystkie wzmacniacze tej serii, tudzież wcześniejsze prototypy pracują bezawaryjnie do dziś -
w niektórych wypadkach to już 12 lat.
M.F.: Czym Pan kieruje się budując wzmacniacz, jakie założenia są punktem wyjścia dla konstrukcji urządzenia?
M.K.: Najważniejsza jest zawsze jakość dźwięku. Podstawą do jej określenia są oczywiście testy odsłuchowe. Porównujemy w ten sposób, jak na dźwięk wpływa zmiana tego czy innego elementu, sama konfiguracja wzmacniacza. Korzystamy z pomocy zawodowych muzyków i innych osób o wyrobionym dobrym słuchu. Nie unikamy też bezpośrednich porównań ze wzmacniaczami najwyższej klasy światowej - jest to zawsze bardzo stymulujące i daje szersze spojrzenie. Właśnie te konfrontacje powodowały, że za każdym razem udoskonalałem "nasz" wzmacniacz, powstawały kolejne prototypy - trwało to miesiącami. Piąty z nich pracował w klasie AB, ostatni - szósty - już w czystej klasie A.
P.A.: Na pytanie o filozofię można odpowiedzieć krótko: dążymy do neutralności. Ale tak właściwie, cóż to jest neutralność? Przecież odbiór muzyki to sprawa subiektywna. Jest to kwestia już raczej filozoficzna, tak jak na przykład pytanie o prawdę. Właściwie trudno mówić o czymś takim jak obiektywizm w sprawach artystycznych. Konstruktywne podejście do tego problemu to prezentacja dźwięku wzmacniacza możliwie wielu osobom. Jeśli wynik takiego testu jest w znaczącej większości przypadków pozytywny, słuchacze stwierdzają, że to, co słyszą z głośników jest bardzo bliskie temu, co odbierają w warunkach naturalnych - można przyjąć, że wzmacniacz jest neutral-ny. Mimo wszystko trzeba pamiętać o tym, że każdy odczuwa muzykę nieco inaczej. Nasze doznania są względne, zależne od czynników zewnętrznych i nie ma uniwersalnej ich miary. Problem leży w tym, że obecnie zbyt wielu ludzi polega bezkrytycznie na opiniach czasopism. Moim zdaniem duża liczba pozytywnych ocen w periodykach to powód, by się zastanowić, ale nie kupić jakieś urządzenie. Konieczna jest weryfikacja za pomocą własnego słuchu.
M.D.: Bardzo ważna jest reszta toru elektroakustycznego, w którym znajduje się wzmacniacz. Używanie nieodpowiedniego źródła czy podrzędnych kabli jest niedopuszczalne. Na pewno nie określimy poprawnie różnicy, jeśli sprzęt towarzyszący będzie o klasę niższy niż testowane urządzenie.
M.F.: Jaką rolę odgrywają pomiary parametrów technicz-nych w procesie konstruowania i oceny Panów wzmacniaczy?
P.A.: Być może mnie, jako inżynierowi nie wypada o tym mówić, ale uważam, że pomiar nie jest w stanie wychwycić wszystkiego, co jest słyszalne. Możemy oceniać dźwięk w wielu kategoriach, ale odniesienie ich do konkretnych parametrów takich jak zniekształcenia czy czas narastania jest niemożliwe. Nauka nie dysponuje, jak dotąd, modelem człowieka, i w sytuacji, gdy mamy do czynienia ze stykiem technika - istota ludzka wynik takiej interakcji jest nieprzewidywalny. Twierdzenie, że to co jest mierzalne, jest adekwatne do wrażeń subiektywnych byłoby zarozumiałością. Rodzi się pytanie o nasze podejście do takich czy innych rozwiązań technicznych stosowanych we wzmacniaczach. Konsekwencją powyższej postawy jest otwarcie, na wszelkie koncepcje układowe, niezależnie czy chodzi o klasę A czy AB, tranzystory MOSFET, czy bipolarne itd. Jeżeli pojawia się jakaś nowinka, nowy pomysł, my od razu go testujemy. I na podstawie wyników odsłuchu podejmujemy decyzję, czy stosowanie danego rozwiązania jest celowe. Nie zmienia to faktu, że to, co w tej chwili wydaje się dobre, jutro może być złe i okaże się, że trzeba coś zmienić. Przecież wciąż są udoskonalane elementy, z których budujemy nasze wzmacniacze. Podejrzewam, że jeśli stanęlibyśmy przed dylematem, czy wybrać rozwiązanie lepiej brzmiące, lecz o gorszych parametrach technicznych, czy odwrotnie, to zdecydowalibyśmy się na to pierwsze.
M.K.: Nie chciałem traktować moich urządzeń zbyt technicznie - obce jest mi podejście na zasadzie: jest 10 miejsc po przecinku, więc musi grać świetnie. Długoletnie kontakty z muzykami sprawiły, że nauczyłem się słuchać - to umiejętność ważna i trudniejsza niż się wydaje. Chciałem podejść do wzmacniacza jak do instrumentu muzycznego, połączyć elektronikę z naturą. Po zbudowaniu wzmacniacz zawsze jest odsłuchiwany, przeprowadzam drobne korekty - taki odpowiednik strojenia instrumentu muzycznego. Moi dwaj przyjaciele mówią wtedy, że wkładam weń duszę. To zestro-
jenie odbywa się na słuch, a dopiero później następuje kontrola techniczna. Co ciekawe, prawie nigdy nie ma konieczności poprawek. Rzeczywiście, mam do każdego egzemplarza bardzo osobisty stosunek, nie jak do towaru, lecz raczej właśnie jak do instrumentu muzycznego. Popatrzmy na budowniczych np. skrzypiec: opukują oni drewno, słuchają, ale nigdy nie mierzą modułu sprę-żystości czy częstotliwości rezonansowej. Bałbym się popaść w seryjność, bo straciłbym wtedy kontakt z produktem. Ogranicza to bardzo ilość wytwarzanych urządzeń, ale nie można tego ograniczenia ominąć. Przypuszczam, że gdybym otrzymał duże zamówienia na te wzmacniacze, być może musiałbym się z niego wycofać. Stojąc przed wyborem: jakość lub ilość, rozstrzygam go zawsze na korzyść jakości. M.F.: Każdy wzmacniacz, niezależnie od swoich cech dźwiękowych jest jednak urządzeniem elektronicznym i wykorzystuje konkretne rozwiązanie techniczne. Przyjrzyjmy się zatem bliżej budowie i koncepcjom zastosowanym w monoblokach Opus 0.2.1 . Jaki jest Pana pogląd na znaczenie i budowę zasilacza? M.K.: Wybór rodzaju transformatora sieciowego jest oczywisty - toroidy charakteryzują się najlepszymi właściwościami elektrycznymi, przy czym nie jest obojętne, jaki to jest toroid. Chodzi nie tylko o moc (używam egzemplarzy o mocy 1500 watów na kanał), ale o jakość części składowych, to jest blach użytych na rdzeń i drutu. Jakość tych materiałów, a także precyzyjne wykonanie są niezwykle ważne. Zapewnienie adekwatnej rezerwy energii w postaci kondensatorów o dużej pojemności to następny istotny punkt. Ich łączna pojemność wynosi 400.000|jF (prawie pół Fara-da! - M.F.), co oznacza, że w każdym monobloku zmagazynowane jest w nich 640 dżuli energii. M.F.: Jakie jest Panów zdanie na temat sposobu montażu i prowadzenia masy, tranzystorów wyjściowych, układów scalonych, sprzężenia zwrotnego itd., czyli spraw, do których ustosunkować się musi każdy projektant wzmacniaczy? P.A.: Generalnie: Marek nie ma żadnych uprzedzeń do jakiegokolwiek elementu czy technologii i jest otwarty na wszystkie istniejące możliwości. Czynnikiem decydującym jest po prostu jakość dźwięku wynikająca z zastosowania danego rozwiązania.
M.K.: Jednak na podstawie testów odsłuchowych udało się zidentyfikować część z tych rozwiązań i układów, które są odpowiedzialne za dobry lub zły dźwięk. Czasem obserwujemy sprzeczność świetnych wyników pomiarów - tak jest w przypadku układów scalonych - z niekorzystnymi właściwościami subiektywnymi. Wyeliminowałem też degradujące dźwięk: potencjometr, zastępując go skokowym regulatorem głośności oraz klasyczne zabezpieczenia przeciwzwarciowe. Można przytaczać argumenty techniczne przemawiające za jednym lub drugim rozwiązaniem, ale testy odsłuchowe ujawniły przewagę push-pullu pracującego w klasie A nad stopniem asymetrycznym. MOSFETY często stosowane w stopniu końcowym, wygodne ze względu na łatwość implementacji i taniość okazały się gorsze od nowoczesnych tranzystorów bipolarnych. W stopniach wzmocnienia napięciowego najlepiej zdaje egzamin "mieszanka" różnych typów półprzewodników. Ogólną tendencją jest minimalizacja liczby elementów w torze, ale jeśli dodanie jednego stopnia polepsza walory odsłuchowe to oczywiście powinno się go dodać. Udało się mi uniknąć problemu wpływu kabla sygnałowego dzięki takiej budowie wewnętrznej, że gniazda łączą się bezpośrednio z płytkami drukowanymi. A jeśli chodzi o montaż przestrzenny, to jest on dobry w urządzeniach lampowych, gdzie niewielka liczba elementów pozwala na jego stosowanie. Ja jestem zwolennikiem płytek drukowanych - ale projektowanych i montowanych, podobnie jak cały wzmacniacz, ręcznie.
Na temat ujemnego sprzężenia zwrotnego, bardzo kontrowersyjny i ostatnio często poruszany, wypowiadane są opinie skrajne. Jestem zdania, że można zrobić bardzo dobry wzmacniacz, nie uciekając się do całkowitej likwidacji sprzężenia zwrotnego. Podobnie jest z systemem połączeń masy - układ gwiazdy nie zawsze jest najkorzystniejszy.
Oczywiście prócz przeprowadzania odsłuchów mających decydujące znaczenie kontroli podlegają parametry techniczne - pełnią one funkcję raczej pomocniczą. Po ukończeniu tych monobloków został wykonany regularny test techniczny (dzięki uprzejmości Pana Tadeusza Piwkowskiego z firmy Elsinco). Mimo, że nie przypisywaliśmy specyfikacjom pierwszorzędnej roli wyniki okazały się nadzwyczaj dobre.
M.F.: Czy stwierdził Pan, że takie czynniki jak pochodzenie elementów czy rodzaj obudowy ma wypływ na jakość dźwięku?
M.K.: Najgorszą rzeczą, jaką można zrobić jest oszczędzanie na elementach. Przez lata zbierałem doświadczenia, selekcjonowałem części pod kątem brzmienia. Aby test był rzetelny, podstawowy układ był ten sam, tylko wymieniane były elementy. W ten sposób, zamawiając elementy do Opus 0.2.1., wiedziałem już, które z nich są właściwe - niestety przeważnie te najdroższe. Nie znaczy to, rzecz jasna, że jeśli element jest drogi, to jest dobry.
Kwestia obudowy wydawała mi się niegdyś drugoplanowa. Obecnie sądzę, że materiał, z którego jest ona wykonana nie jest obojętny dla dźwięku - najodpowiedniejsze są surowce niemagnetyczne, choć wiąże się to z kosztami. Płyta czołowa zaś ma niebagatelne znaczenie wizualne. Dzięki współpracy z plastykiem stworzony został jej projekt, oryginalny estetycznie i funkcjonalny, a wymagało to budowy kilku modeli. Wzór ten jest prawnie chroniony, podobnie jak znak i nazwa firmy. Specjalna konstrukcja wsporników, na których spoczywa wzmacniacz umożliwiających dokładne jego wypoziomowanie jest także mojego pomysłu.
P.A.: Dodam, że istnieje możliwość dostosowania się do życzeń kupującego w dość szerokim zakresie. Można na przykład zastosować złocone płytki drukowane, większą pojemność kondensatorów lub inną płytę czołową - wszystko zależy od upodobań klienta i zasobności jego portfela. Możliwe jest to dlatego, że wzmacniacze są wykonywane tylko na zamówienie.
Niestety trwa to kilka miesięcy.
M.F.: Jakie są plany na najbliższą przyszłość?
M.K.: Będę się koncentrować na końcówkach mocy, to bardzo szeroki temat. Wkrótce gotów będzie wzmacniacz zintegrowany Opusculum pracujący w klasie A o mocy mniejszej od Opus 0.2.1 ze zdalnym sterowaniem i czterema wejściami. Dzięki oddzielnemu wejściu symetrycznemu wprost na stopnie wyjściowe z pominięciem przedzwmacniacza, selektora, regulacji głośności, będzie go można wykorzystać w charakterze końcówki mocy. Staram się, by zachował on większość superlatyw swego droższego brata, a jednocześnie był tańszy. Zamierzam też - ale to już dalsze plany - zbudować przedwzmacniacz, będąc do tego poniekąd zmuszony brakiem istniejących urządzeń o takich możliwościach, by nie stanowiły one ograniczenia jakościowego dla Opus 0.2.1. Jeden z instrumentalistów stwierdził, że odtwarzając muzykę, poprzez tor z tym wzmacniaczem mógłby wsłuchując się w każdego grającego, nawet przy orkiestrze symfonicznej, spisywać nuty. Stąd wzięło się hasło: gramy jak z nut.
M.F.: Życzę zatem, by nadal nie było żadnej fałszywej. Dziękuję za rozmowę.